Mecenas Piotr Wojtaszak. Szpitalny horror

Mecenas Piotr Wojtaszak z Krakowa dla wielu jest bohaterem. Ratuje ludzi niesłusznie zamkniętych w szpitalu psychiatrycznym. Jego klienci przeszli koszmar o nieodwracalnych skutkach.

Zdjęcie

Prokuratura powołała biegłych, którzy stwierdzili, że popełniając czyn, mężczyźni byli niepoczytalni. /123/RF PICSEL
Prokuratura powołała biegłych, którzy stwierdzili, że popełniając czyn, mężczyźni byli niepoczytalni.
/123/RF PICSEL

To wygląda jak najgorszy film grozy, ale wydarzyło się naprawdę. Historie trzech mężczyzn, którzy bez powodu trafili na lata do szpitala psychiatrycznego w Rybniku, wstrząsnęły całą Polską. „To może spotkać każdego z nas. I to za popełnienie błahego czynu”, mówi SHOW mecenas Piotr Wojtaszak. To właśnie on zajął się tymi trudnymi sprawami i pomógł pacjentom wyjść na wolność.

Jak trafić do „psychiatryka”?

Krystiana Brolla (73), Feliksa Meszkę (78), Stanisława Belskiego (58) łączy jedno: niesłusznie spędzili długie lata w szpitalu psychiatrycznym w Rybniku. Pierwszy z nich ponad osiem lat, drugi jedenaście, a trzeci osiem.

Reklama

„Moi klienci trafili tam naprawdę z powodu rzeczy błahych. Panowie Broll i Meszka pod zarzutem kierowania gróźb karalnych, m.in. pod adresem sąsiadów. Natomiast pan Belski pod zarzutem przywłaszczenia mienia o wartości 327 zł, co na chwilę obecną jest wykroczeniem. Nikt nie przekona mnie, że groźba karalna czy kradzież kilku paczek kawy jest czynem o wysokiej szkodliwości społecznej”, tłumaczy mec. Wojtaszak. „Żeby sąd mógł wydać orzeczenie w zakresie środka zabezpieczającego w postaci detencji, czyli przymusowego osadzenia w szpitalu psychiatrycznym, muszą być spełnione łącznie pewne przesłanki. Po pierwsze sąd musi mieć pewność, że człowiek popełnił czyn zabroniony i ten czyn popełnił w warunkach zniesionej poczytalności. Oprócz tego kara, jaką by orzekł w stosunku do osoby zdrowej, byłaby pozbawieniem wolności bez warunkowego zwolnienia. Prokuratura nie przeprowadziła postępowania dowodowego, mało tego, sąd rejonowy, a później okręgowy, w całości zawierzyły ustaleniom prokuratury, w ogóle nie weryfikując i nie przeprowadzając swojego postępowania dowodowego”, dodaje.

W każdej z tych trzech spraw prokuratura powołała biegłych, którzy stwierdzili, że popełniając czyn, mężczyźni byli niepoczytalni. Co ciekawe, sąd wyznaczył w ich sprawie posiedzenie, a nie rozprawę, pozbawiając ich tym samym ustalenia, czy naprawdę popełnili zarzucane im czyny. „Bez przeprowadzenia postępowania dowodowego zostało wydanie orzeczenie, na podstawie którego moi klienci trafili do szpitala psychiatrycznego”, mówi mecenas.

Koszmar za szpitalnymi murami

Żaden z mężczyzn nie przyznał się do winy. Co więcej, przez cały pobyt w zakładzie twierdzili, że nic im nie dolega. To była jednak walka z wiatrakami. „Kiedy mówili, że są zdrowi, słyszeli, że to oznacza, że choroba nie ustąpiła albo wręcz postępuje.

Szukali pomocy i za każdą swoją czynność byli karani. Otwierana była ich korespondencja kierowana do różnych instytucji. Moi klienci walczyli o siebie, ale w związku z tym byli szykanowani w szpitalu. W związku z pismami, które wysyłał pan Broll, podawano mu środki farmakologiczne, ale nie w celach medycznych.

Inaczej mówiąc, był lekowany, czyli dostawał środki psychoaktywne tylko po to, żeby można go było spacyfikować. To powtarzało się wielokrotnie i raz mogło się skończyć jego śmiercią. Tylko dzięki przytomności rzecznika praw pacjenta, Stanisława Frydrychowicza, pan Broll został przeniesiony na inny oddział, gdzie przeszedł detoks. To są niedozwolone czynności stosowane wobec pacjentów”, opowiada prawnik.

„Zaledwie po 2–3 tygodniach pobytu w szpitalu na oddziale o podstawowym stopniu zabezpieczeń pan Broll decyzją personelu został przeniesiony na oddział o wzmocnionym stopniu zabezpieczeń, na którym można przebywać tylko na skutek decyzji sądu.

Natomiast pan Broll trafił tam ze względu na brak łóżek na oddziale o podstawowym stopniu zabezpieczeń. Przebywał tam dwa lata z mordercami, gwałcicielami, pedofilami, mając kamerę nawet nad toaletą. Osadzeni w zakładach karnych wychodzą codziennie na godzinny spacer.

Natomiast w zakładzie psychiatrycznym, na oddziale o wzmocnionym stopniu zabezpieczeń, pan Broll przez dwa lata był na spacerze może 5–8 razy. Nieprawdopodobne, jak tych ludzi skrzywdzono”, dodaje.

Wobec klientów Wojtaszaka stosowano też inne terapie, które negatywnie wpłynęły na ich zdrowie. Stanisław Belski wielokrotnie poddawany był zabiegom elektrowstrząsów.

„To urządzenie, na którym wykonywano zabiegi było niemal z innej epoki, jeśli chodzi o jego rok produkcji. Tam wciąż są pacjenci, którzy po takich zabiegach stracili kontakt z rzeczywistością. Jestem przekonany, że w przypadku pana Belskiego zabiegi elektrowstrząsów nie były potrzebne, one nic mu nie dały, a czuł się po nich tak, jakby przejechał po nim walec”, kontynuuje mecenas.

Oprócz przymusowego leczenia pacjenci byli zmuszani do wykonywania różnych czynności na rzecz szpitala. „Pacjenci są im potrzebni, bo wykonują prace fizyczne, sprzątają, myją toalety, w związku z tym szpital nie musi zatrudniać dodatkowego personelu”, dodaje prawnik.

Nieodwracalne skutki

Leczenie silnymi lekami psychotropowymi bez wskazań do ich zastosowania i inne terapie nieodwracalnie zniszczyły zdrowie Krystiana, Feliksa i Stanisława.

„Sam pobyt w miejscu zamkniętym, gdzie dookoła są osoby mocno zaburzone, jest przeżyciem traumatycznym. Ponadto przyjmuje się bardzo silne leki i to nawet 3–4 razy dziennie, często domięśniowo, które powodują, że człowiek jest rośliną, załatwia się pod siebie, wymiotuje, nie może chodzić, najczęściej leży.

Długoletnie stosowanie takiej farmakologii prowadzi do określonych skutków. Na przykład pan Broll ma m.in. białaczkę i zaćmę na jednym oku spowodowaną właśnie długotrwałym zażywaniem leków.

Oprócz tego każdy z tych trzech panów ma przerost gruczołu krokowego. Wszyscy ci panowie nie mają zębów, dlatego że rozpuszczano im leki w wodzie, a ta chemia wypalała im zęby.

Dotarłem do opinii krajowego konsultanta do spraw psychiatrii, w której zakazuje się rozpuszczania leków, bo wtedy zmieniają się ich właściwości. Widzę jednak, że lekarze w Rybniku nie respektują tych zaleceń. Po czymś takim jest się wrakiem człowieka...”, tłumaczy mecenas.

Oczywiście każdy z mężczyzn miał bogatą dokumentację medyczną. Niestety, choroby, na które mieli rzekomo cierpieć, były fantazją lekarzy. „Pan Meszka, gdy wyszedł ze szpitala, udał się do psychiatry, który skierował go do psychologa.

Każda z tych osób wydała opinię, że pan Meszka nie ma żadnych objawów chorobowych. Żadne badania nie potwierdziły, że jest chory psychicznie. Dlatego podchodzę z dużą rezerwą do tego, co jest w wpisane w ich dokumentacje medyczną. Pan Broll opowiadał mi, jak wyglądało jego pierwsze badanie, które stało się łatką na cały jego okres pobytu w szpitalu. Został wtedy zapytany tylko o jedną kwestię: »Czy czuje się bezpiecznie w swoim domu?«.

Broll odpowiedział, że nie czuje się bezpiecznie, bo mieszka w lesie, co jest zgodne z prawdą. I to był koniec badania, więcej pytań nie było. Na podstawie tej jednej wypowiedzi, lekarz stwierdził, że pan Broll ma paranoję, tych objawów wpisał mu w opinię chyba ze dwadzieścia. Później przez cały okres jego pobytu było to powielane”, dodaje mecenas Wojtaszak.

Miliony odszkodowania

Jak się okazuje, w szpitalach psychiatrycznych może dochodzić do rażącego łamania prawa. Ofiarami wadliwie działającego systemu są zwykli ludzie. Krystian, Feliks i Stanisław dotarli do mecenasa Wojtaszaka, któremu udało się wyciągnąć ich ze szpitalnego piekła.

„Sprawą panów Meszki i Brolla zajmował się Sąd Najwyższy, na skutek wniesionej skargi przez rzecznika praw obywatelskich, który zauważył że na etapie postępowania sądowego doszło do rażącego naruszenia przepisów przez sądy I i II instancji, skierował skargę kasacyjną.

Sąd Najwyższy w obu tych przypadkach uwzględnił ją i skasował orzeczenia sądów powszechnych, stwierdzając, że doszło do naruszenia przepisów, że w ich przypadku sąd nie powinien orzec środka zabezpieczającego i nakazał natychmiastowe zwolnienie obu panów”, wyjaśnia adwokat.

Co więcej, mężczyźni domagają się wysokiego odszkodowania za to, co ich spotkało. „Pan Broll domaga się 14,5 miliona złotych, a pan Meszka – 12,3 miliona złotych. Mówimy tu o faktycznym pozbawieniu wolności i umieszczeniu w zakładzie psychiatrycznym, gdzie byli poddawani przymusowemu leczeniu.

Szacując tę krzywdę, oparłem się na orzeczeniach Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zajmował się podobnymi sprawami”, wyjaśnia Wojtaszak. Jednak to nie kończy przygody mecenasa ze szpitalem w Rybniku. „Mam tam jeszcze innych klientów, którzy czekają na wyjście.

Mam również klientów w innych szpitalach na terenie całej Polski”, dodaje. Może po nagłośnieniu takich spraw w końcu coś się zmieni. Nawet wysokie odszkodowania nie wrócą już tym mężczyznom zdrowia i wielu lat spędzonych za szpitalnymi murami. Pomogą jednak wrócić do normalnego życia, co nie będzie takie proste.

Magdalena Makuch

Artykuł pochodzi z kategorii: Porady prawne

Show
Więcej na temat:

Zobacz również

  • Od stycznia 2017 roku wzrosła kwota świadczenia pielęgnacyjnego. Jest ono wypłacane opiekunom osób niepełnosprawnych, którzy, by zapewnić opiekę bliskiemu, musieli zrezygnować z pracy. Teraz... więcej