Jak wytrzymać w pracy, której się nie lubi

Resocjalizację wybrałam, bo zawsze lgnęły do mnie dzieciaki, nawet najgorsze łobuzy z podwórka – tłumaczy Gabriela. – Studia były ciekawe, ale prędko przejrzałam na oczy. Na każde miejsce pracy w placówkach opiekuńczych czekają dziesiątki kandydatów. Żeby dostać się do zakładu karnego jako wychowawca, też trzeba mieć mocne plecy, choć to ciężka orka, a zarobki mizerne. Po magisterce zdałam celująco egzamin na kuratora sądowego, ale oczywiście brakowało etatów.

Reklama

Dwa lata Gabrielę utrzymywali rodzice, a ona była kuratorem społecznym. Dłużej tak się jednak nie dało. Pragnęła się usamodzielnić, założyć rodzinę. Kuzynka narzeczonego powiedziała jej któregoś dnia o wolnej posadzie opiekunki w pobliskim domu spokojnej starości. Nie w żadnej państwowej „umieralni”, tylko prywatnym pensjonacie, gdzie mieszkają zamożni ludzie. Bo kogo stać na opłatę czterech i pół tysiąca miesięcznie? Kuzynka przekonywała, że pensja jest przyzwoita, posiłki za darmo, no i można dorobić nockami. Gabriela nie wahała się. Pomyślała, że popracuje chwilę, odłoży na ślub, a przez ten czas poszuka czegoś zgodnego ze swoim wykształceniem.

– Nie oczekiwałam cudów, nie sądziłam jednak, że będzie tak ciężko. Już po dwóch tygodniach chciałam rzucić wszystko w diabły. Ale mój kryzys zbiegł się akurat z wypłatą. Kupiłam piękną torebkę i postanowiłam wytrwać na posterunku. Ale następnego dnia znowu płakałam po kątach – przewijając staruszki, wściekała się, że nie po to robiła dyplom, by być służącą.

– Wykonywałam czynności pielęgnacyjne, bo z większością pacjentów nie dało się nawiązać normalnego kontaktu. Ale dobrze zarabiałam i to mnie trzymało. Po dwóch latach Gabriela zrozumiała, że tymczasowe zajęcie może stać się jej pracą na dłużej. Któregoś dnia po wyjątkowo trudnym dyżurze powiedziała narzeczonemu, że musi coś zrobić, bo inaczej oszaleje.

– Przypomniałam sobie, czego uczyłam młodzież na stażu w poprawczaku: nie możesz zmienić świata, zmień nastawienie. Zaczęłam szukać plusów. I, o dziwo, znalazłam. Na przykład to, że pacjenci są mili, a ich rodziny to kulturalni ludzie. Zaczęłam interesować się przeszłością podopiecznych, żeby ich lepiej poznać. Jedna z pań była znaną malarką, inna świetnym lekarzem. Praca wciąż jest ciężka, ale jest mi lżej. Przecież zawsze chciałam pomagać i w jakimś sensie to robię.

Niedawno umarła jedna z pacjentek, pani Teresa. Prawie nic nie widziała, ale zawsze była uśmiechnięta. Głaskała mnie po ręku, podtykała słodycze. Ku swemu zaskoczeniu mocno przeżyłam jej odejście. I zorientowałam się, że nie traktuję bycia opiekunką jak czegoś, co tylko mnie dołuje.

Zmień nastawienie

Niedawny eksperyment przeprowadzony na ogromnej próbie 20 tysięcy pracowników w różnych krajach przyniósł odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo ostrej selekcji i dobrze przeprowadzonej rekrutacji jedni świetnie sobie radzą, a inni wypalają się w ciągu dwóch lat. Zainteresowanie psychologów wzbudził fakt, że aż 46 proc. osób zwalnia się przed upływem 18 miesięcy pracy w nowej firmie. Kiedy przyjrzeli się powodom ich odejścia, okazało się, że tylko w 11 proc. przypadków problem polegał na braku umiejętności wymaganych na danym stanowisku.

Czemu więc sobie nie radzili? W 86 proc. przyczyną był brak zaangażowania wynikający ze złego nastawienia do pracy. W rezultacie nowi nie aklimatyzowali się dobrze, nie chcieli się uczyć, mieli coraz słabszą motywację. Co ciekawe, za tę sytuację psycholodzy obwiniają zarówno pracowników, jak i ich szefów.

Człowiek, aby się angażować, musi mieć odpowiednie cechy: optymizm, energię, otwartość. W zamian potrzebuje od firmy wsparcia, szacunku, docenienia i samodzielności.

Do najcięższych zawodów należą od lat: komornik, konsultant telefoniczny, doradca finansowy i sprzedawca. To ludzie, którzy co dzień narażeni są na kontakt z agresywnymi i asertywnymi klientami. Nie dostają więc pozytywnych bodźców.

Wbrew popularnemu przekonaniu wysokość zarobków nie jest dla nas najważniejsza. Liczą się możliwości rozwoju i atmosfera.

Nie da się długo postępować wbrew sobie

Olivia: Osobom, które nie lubią swojej pracy, radzi się, żeby zmieniły sposób myślenia. Ale jak się do tego zabrać?

Beata Matys-Wasilewska, psychoterapeuta: Przede wszystkim niech odczarują własną bezsilność. To my sami jesteśmy mistrzami w uzasadnianiu, dlaczego nie możemy czegoś zrobić. „Nie odejdę z firmy, bo nie znajdę niczego nowego” albo: „Nie porzucę pracy, bo trzeba spłacać kredyt”. Tak stajemy się swoimi najgorszymi wrogami. Zamiast więc przekonywać, że czegoś nie możemy, zacznijmy od stwierdzenia: „Mam wolną wolę, mogę wszystko”.

O.: Jak w to uwierzyć, mając dzieci na utrzymaniu i kredyt?

B.M.-W.: Ależ to prawda! Zawsze istnieje wybór. Oczywiście, nie oznacza to, że alternatywa jest łatwa, lekka i przyjemna. Bo może wiązać się z wieloma trudnościami, na przykład z przeprowadzką do odległego miasta albo porzuceniem starych, dających poczucie bezpieczeństwa nawyków. Ale inne możliwości są i należy o nich pamiętać.

O.: Często tkwimy w miejscu, bo zmusza nas do tego presja z zewnątrz, a nie nasze przekonania.

B.M.-W.: To prawda. Liczymy się ze zdaniem bliskich, a oni twierdzą, że ta posada jest świetna. Naciskają na różne sposoby, mówiąc: „Co tak marudzisz? Ogarnij się! Inni wiele by dali, by być na twoim miejscu”. Zaczynamy wierzyć, że coś jest z nami nie tak. I budzi się w nas syndrom wzorowej uczennicy, która nie zawodzi. Albo twardego zawodnika, który nie pozwala sobie na słabość. Niektórzy są przytłoczeni taką odpowiedzialnością, że bez przerwy usiłują coś naprawiać. Nawet gdy jest to wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Będą trwać za wszelką cenę na stanowisku. Nie poddadzą się, narzucą sobie dyscyplinę. Udowodnią otoczeniu, że dają radę. Tylko niepostrzeżenie spadnie im odporność.

O.: Ciało powie „stop”.

B.M.-W.: Jego nie da się oszukać. Nie stłumimy toksycznych emocji niszczących nas od środka. Gdy nie wyrzucimy z siebie frustracji, zbuntuje się organizm. U moich pacjentów na tym tle często rozwija się nerwica. Boją się rano wyjść na ulicę, mają ściśnięty żołądek, suchość w gardle. Albo z trudem łapią oddech, zdarzają im się omdlenia. Nikt nie może od nas wymagać, żebyśmy postępowali wbrew sobie. Nie warto poświęcać się dla dobra dzieci. Bo jaki im dajemy przykład? Że nie szanujemy siebie! Poza tym podświadomie możemy oczekiwać, że to poświęcenie nam kiedyś wynagrodzą. A gdy to się nie stanie, jesteśmy rozgoryczeni i mamy pretensje do całego świata.

Artykuł pochodzi z kategorii: Praca

Olivia

Zobacz również

  • Mąż w październiku ub. r. skończył 63 lata. Czy w związku z tym, że ma problemy ze zdrowiem (choruje na cukrzycę), może liczyć na jakieś specjalne przywileje w pracy? – pyta Henryka z Wrześni. więcej