Praca w korporacji a zdrowie

Prowadzą w rankingu 100 najbardziej pożądanych pracodawców. Jednak to o nich mówi się, że traktują ludzi przedmiotowo, zużywają i wypluwają. Jak to jest, że praca w korporacji może być jednocześnie spełnieniem marzeń i przekleństwem? Z Izabelą Kielczyk, psychoterapeutką ludzi biznesu, rozmawia Magdalena Jankowska

Izabela Kielczyk – psycholog biznesu, coach i psychoterapeutka ludzi biznesu. Stworzyła centrum terapii Pracownia Psychorozwoju. Członek Samorządu Zawodowego Psychologów Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Wspina się w Dolomitach, trenuje narciarstwo, kocha taniec.

Reklama

PANI: Czy słyszała Pani, że mężczyźni pracujący w korporacjach są mniej płodni? Tak wynika z badań łódzkiego Instytutu Medycyny Pracy.

Izabela Kielczyk: Oczywiście. Im więcej stresu, tym organizm jest mniej nastawiony na rozmnażanie się, bo ma inne trudne zadania, z którymi musi sobie poradzić.

I mówi to Pani tak bez emocji?

Po prostu tak jest. W korporacjach się zarabia, ale ponosi się też koszty własne. Tajemnicą poliszynela jest to, że ludzie biorą tam dopalacze, narkotyki. Bo jak ktoś musi być cały czas dostymulowany i kreatywny… Sporo moich pacjentów ma ten problem.

Przychodzą, bo chcą zerwać z uzależnieniem?

Najczęściej zapisują ich partnerzy. Oni sami nie czują jeszcze problemu, mówią: ona przesadza, on nie rozumie, że praca to moje hobby. Przychodzą też ci, którzy chcą się dowiedzieć, czy są pracoholikami. I dowiadują się, że są, ale nie chcą nic z tym zrobić, twierdzą, że dadzą sobie radę.

Tych jest najwięcej?

Nie, najwięcej jest tych, którzy mają dość. Widzą, że rozleciały im się związki, nie mają na nic czasu, nawet nie czerpią przyjemności z wydawania pieniędzy, które zarabiają. W dodatku biorą kolejne stymulanty, a nadal nie są na fali. Oczywiście często na początku przychodzą po to, żebym zrobiła coś, by mogli pracować jeszcze więcej. Dopiero w czasie naszych spotkań okazuje się, że już więcej nie można, że ściana jest tuż-tuż.

I wie pani, że to jest dla nich najbardziej przerażające – bo korporacja to często ich jedyna perspektywa, jedyny plan na życie. Pracowali tam kilkanaście lat, od studiów, i nie umieją się odnaleźć w normalnej rzeczywistości, bez tych pieniędzy, bez presji i wyścigu. Nie umieją sobie nawet jej wyobrazić. Terapia w dużym stopniu polega na przygotowaniu ich do powrotu do zwyczajnego świata. Wśród moich pacjentów są też ci, których po prostu zwolniono. Pamiętam dyrektora jednego z dużych banków, wyrzuconego z dnia na dzień. Przyszedł i powiedział: „Nie mam nic.

Nie mam laptopa, auta, a dom jest na kredyt”. Czuł się zawieszony w próżni. Nie wiedział, jak się kupuje komórkę, samochód, przez kilkanaście lat wszystko to załatwiała mu firma. Miał żonę, dwoje dzieci, ale wtedy nie był w stanie o nich myśleć. To pokazuje, co stało się z jego życiem.

W małej firmie pracuje się lepiej?

Inaczej. Może przeszkadzać brak jasnego podziału obowiązków, przenikanie się funkcji, brak asystentów, ale jest spokojniej, relacje bywają przyjazne, współpraca i pomaganie są mile widziane. Ludzie się znają, więc trudniej traktować ich przedmiotowo. Nie ma wyścigu, bo jeśli firma jest mała, masz jednego przełożonego, a nie rząd szczebli nad sobą.

Oczywiście i tu możesz mieć szefa potwora, złośliwych współpracowników, ale stąd łatwiej odejść, ta praca rzadziej uzależnia. Ludzie robią swoje, a potem idą na ryby. Sądzę, że małe firmy częściej wybierają ci, którzy po prostu lubią swoją pracę, a korporacje ci, którzy chcą być ludźmi sukcesu. Nie chcą tworzyć małych projektów, tylko ogromne, międzynarodowe, ściskać ręce wielkich prezesów, udowodnić, ile są warci.

Zetknęłam się z opinią, że korporacja zmienia system wartości, uczy konformizmu, niszczy charakter. To prawda czy mit?

Korporacje tworzą zamknięte środowisko. Jeśli przez lata mamy tylko jedną psychologiczną grupę odniesienia i nie konfrontujemy się z ludźmi o odmiennych poglądach, to utrata kontaktu z rzeczywistością jest kwestią czasu. Przestajemy rozumieć świat. Poza tym korporacje mają swoje wzorce. Jedna z nich wystawiła mi zlecenie, żebym z introwertyka zrobiła ekstrawertyka. „Pani Izo – powiedzieli – szykujemy go na szefa działu i ma być taki przedsiębiorczy jak pan Robert”.

Proszę mu zmienić temperament?

Może kiedyś będą nam robić operacje na mózgu lub wymieniać fragmenty DNA, wtedy takie rzeczy będą możliwe. Ja tego nie potrafię. A korporacje miewają takie wymagania: niby troska, niby perspektywa awansu, a tak naprawdę brak akceptacji, komunikat „zmień się w kogoś innego”. I ludzie, jak ich bardzo nęci kasa, próbują być bardziej śmiali, głośni, nakręcają się, by wykazywać entuzjazm – bo to jest mile widziane. Kolejną rzeczą, o której mówią mi klienci, jest to, że muszą działać wbrew swoim wartościom.

Cenią uczciwość i wrażliwość, a tu mówią im: bądź twardy, liczą się liczby, popłaczesz sobie w domu. Czują się fatalnie, widząc np. ustawiane przetargi, fikcyjne kontrakty. Jeden z klientów, pracownik firmy molocha, powiedział mi: „Ja bym normalnie w życiu tego nie zrobił, ale jeśli się sprzeciwię, to wylecę. Ja wiem, jak te projekty przechodzą, ja wiem, komu kto daje w łapę, ale nie mogę nic zrobić”. W takim dysonansie poznawczym (co innego myślę, co innego robię) nie da się długo żyć.

Jedni odchodzą, inni się podporządkowują i zaczynają wierzyć, że taki jest świat. To z pewnością wpływa na charakter. Pamiętam klientkę, która powiedziała: „Jestem już innym człowiekiem. Zaczęłam kląć, przestałam się śmiać. Kiedyś szanowałam ludzi, a teraz…”. A jednak nie odeszła ze swojej wielkiej firmy, dostosowała się.

Decyzja zależy chyba w dużym stopniu od ambicji?

Tak, pracownikami korporacji w większości są ludzie spragnieni sukcesu. Czasem są to osoby, które przyjechały z mniejszych miast, chcą się wybić. Nieraz pełnią funkcję lokomotywy, która ciągnie całą rodzinę.

Wysyłają pieniądze, pilotują rodzeństwo. Wtedy motywacja, żeby się utrzymać, nawet wbrew wartościom, jest jeszcze silniejsza. Miałam ostatnio klientki w podobnej sytuacji.

Związki im się porozpadały, jedna z nich prawie nie widuje swojego dziecka, ale nie rezygnują, bo utrzymują rodziców. Jednak wiele zależy też od osobowości, od wieku. Na przykład pokolenie dzisiejszych dwudziestoparolatków nie wkręca się tak łatwo.

Pracują dwa, trzy lata, nawiązują kontakty, odchodzą i zakładają własne firmy. Skoro oni nas wykorzystują, my też ich wykorzystamy, mówią. Ze starszym pokoleniem jest inaczej – to są ludzie po czterdziestce, dla których firma była najważniejsza. Czasem nie mają nikogo, wszyscy w ich życiu przegrali z pracą.

Jak to się stało, dlaczego dali się tak wkręcić?

Właściwie to bardzo proste: marchewka i kij. Jak przychodzili do korporacji, otrzymywali wizję lepszej przyszłości, prostą ścieżkę kariery aż na szczyt. Za sześć lat i trzy awanse możesz być prezesem. Tylko zrób to i to. Musisz, bo z kariery nici.

Zobacz, jaką masz wspaniałą ocenę okresową, twój dział jest najlepszy, wolne soboty są dla nieudaczników, idziesz w górę, nie opuść się tylko, bo wszystko zawalisz. Brawo, dostajesz nowego BlackBerry i karnet do siłowni.

Szczególnie wkręcają się perfekcjoniści i ludzie, którzy musieli zadowalać swoich rodziców. Pierwszym odpowiadają jasne zasady, procedury, podział obowiązków.

Drudzy słyszą znajome: staraj się, a dostaniesz. Załatwimy ci służbowy samochód, kredyt na mieszkanie, tylko pracuj ciężej. Niektórzy moi klienci byli rozdarci między uczuciem „mam dość” a wdzięcznością i zachwytem wobec tego, co dała im firma. Zobacz, mówili mi, mam karnet na paintball, pakiet medyczny i 80-metrowe mieszkanie.

Ale i tak nie chodzili do lekarza i nocowali w pracy. Rano wyskakiwali do McDonalda, zmieniali koszulę, bieliznę i już. W wielu korporacjach są łazienki z prysznicami, są też gabinety masażu i pokoje relaksu, z których „geniusze” mogą korzystać, żeby w ogóle nie wychodzić z biura.

Luksusowe niewolnictwo.

Tak. Złota pułapka. Pięknie urządzona pod hasłem „dbamy o ludzi, żeby mogli wypocząć, odstresować się”, oferują w niej psychologa, opiekunkę do dzieci, przedszkole w tym samym budynku od 8 do 20. To naprawdę robi wrażenie ogromnej troski o pracownika, budzi wdzięczność, zobowiązuje.

Bo mimo wszystko to są wspaniałe warunki pracy. Nie ma w tym szczerej troski?

Znam trzy korporacje, które autentycznie zareagowały na problemy swoich pracowników i zasponsorowały im terapie. Bez wnikania w sedno sprawy – po prostu chodziło im o to, żeby pracownik wyszedł z kłopotów. W dwóch przypadkach to się udało i muszę przyznać, że byłam pozytywnie zaskoczona dyskrecją i ludzkim podejściem. Jednak istotą sprawy jest to, że korporacji zależy na zysku, a nie na ludziach. Robi się więc to, co się opłaca, i przestaje, jeśli się nie opłaca.

Pamiętam menedżera, który mi powiedział: „Wczoraj byłem geniuszem, dziś jestem zerem”. Przeszedł typową drogę i zastosowano wobec niego dość znaną metodę zwolnienia przez przeczołganie. Przez lata szło mu świetnie, miał dobre oceny okresowe, mówiono mu: „To dzięki tobie ta firma istnieje”.

I nagle zmienia się kierownictwo i oceny okresowe wypadają słabo. Zamiast go po prostu zwolnić, zebrał się nowy zarząd i maglował go przez osiem godzin jak uczniaka: jakie ma produkty, jakich ma klientów, i tak w kółko. I po tych ośmiu godzinach on padł, zaczął się mylić. „Sam widzisz, nie jesteś profesjonalistą”, usłyszał.

Czyli to nie mit, że korporacja zużywa ludzi i wypluwa?

Tak to wygląda. Ale mam wrażenie, że dużo wielkich firm zaczyna w ostatnim czasie bardziej miękko traktować ludzi. Tę zmianę wymusza nowe pokolenie, które weszło na rynek pracy. Oni nie są już tak zafascynowani sukcesem ani uściskiem ręki prezesa. Mówią: no to co, że prezes przyjeżdża, ja mam bilety do kina na 17. I wychodzą. To się dawniej nie zdarzało.

To pokolenie nie ma wielkiego szacunku dla autorytetów i bardzo chce przyjemnie żyć. Początkowo to był szok, ale zmiana pokoleniowa ma to do siebie, że nic nie można na nią poradzić, jeśli chce się mieć młody narybek. A oni są właśnie tacy. Wyczuwają manipulację i sami manipulują.

Są pyskaci, bezczelni, nielojalni. Parę razy widziałam, jak korporacje walczą z nimi, stosując przymus – dostosuj się, bo nie będzie premii. Ale okazuje się, że to nie działa, oni to mają przećwiczone. Mówią: dobra, nie to nie. Może ja sobie za granicę wyjadę, może dorobię na zlecenie?

Czyli dawniej koncerny szukały elastycznych pracowników, a teraz same muszą być bardziej elastyczne.

Robią to dla własnej korzyści, bo kiedyś ci starsi odejdą, zostaną młodsi. Pewnie nowa strategia jest w fazie testów. Na razie wykonują ruchy, które jeszcze bardziej wzmacniają nielojalność młodych – zatrudniają ich na niejasnych zasadach, na umowy czasowe. W niektórych firmach pracownicy nie mają nawet swoich biurek, są przechodnie, dorywasz to, które akurat jest wolne.

Ale znam też korporacje, w których stosuje się metody miękkiego zarządzania, bo prezes uważa, że to daje lepsze efekty. Organizuje spotkania z psychologami, a ich tematem nie jest to, jak przyspieszyć, lecz przeciwnie, jak zwolnić, jak planować urlopy. To jest krok w ludzką stronę, nawet jeśli motywacją jest chęć poprawienia wydajności pracowników. Wprowadzają elastyczny czas pracy, odważają się na różne systemy – wolne dni, pracę w domu, rozliczanie za wynik, a nie przepracowane godziny.

Dawniej mówiono: nie ma mowy, u nas się tego nie robi. Teraz częściej słychać: spróbujmy. Ale nadal są firmy, gdzie ludzie mają wyliczony czas na wyjście do toalety i nieprzekraczalny limit 30 minut na lunch. Gdzie presja i rywalizacja są tak duże, że ludzie wariują. Mimo to nie chcą odejść, bo, jak mi powiedziała ostatnio pacjentka: „Jeśli zrezygnuję, to nie będę nic warta, jak taki śmieć, co nie dał rady”. A przecież jest wręcz odwrotnie – żeby odejść, trzeba mieć niezwykłą odwagę. Świadoma rezygnacja jest zwycięstwem.

Trochę jak w hazardzie – przestać grać to wygrać?

Tak, ponieważ w rzeczywistości niewielu z nas naprawdę nadaje się do pracy w korporacji. Jest wiele momentów, w których powinna nam się zapalić lampka alarmowa, taki wskaźnik malejącej radości – na przykład gdy znikają rzeczy, które kiedyś dawały nam frajdę. A do tego nie ma życia poza pracą. Urywa się kontakt ze znajomymi. Notuj, ile razy mówią ci: „Z tobą nie można się umówić”.

To nie krytyka, to ważny komunikat. Do mnie ludzie przychodzą nie po pierwszych sygnałach, lecz zwykle po mocnym tąpnięciu, bo coś im się w życiu zawaliło. Związek się rozpadł przez pracę, organizm odmówił posłuszeństwa – spotkałam pacjenta, który po prostu pewnego dnia nie mógł wstać z łóżka. Raz dostałam telefon z korporacji: pracownik stoi w oknie i chce skoczyć, czy mogę przyjechać. A to już jest sprawa dla pogotowia. Rozmowa z człowiekiem w takim stanie wymaga specjalnych kwalifikacji. Był też telefon w sprawie menedżera, który zamknął się w pokoju i krzyczał, że ma tego dość.

„Z czego to może być – pyta mnie pani w słuchawce. – To taki opanowany facet, tak dobrze znosił stres”. No właśnie. To zdarza się ludziom, którzy już wcześniej wielokrotnie chcieli odejść, ale zostawali. Organizm jest tak wykończony, że jedyną drogą jest skok w chorobę lub w epizod psychotyczny: zwariowałem i wszystko mi wolno. To traumatyczne przeżycie, ale z punktu widzenia psychoterapeuty cenne. I często jedyny sposób, by uwolnić się od sytuacji, z którą nie można sobie poradzić.

Chyba nie zawsze trzeba odejść?

Nie wszystkie wielkie firmy są takie same. Ale jeśli z naszym życiem dzieją się złe rzeczy, to powinniśmy to zrobić. Wycofywać się trzeba małymi krokami. Najpierw przestać traktować pracę ambicjonalnie. Jesteś tu tylko trybikiem. Zdobyłeś doświadczenie, zarobiłeś, wystarczy. Spotkaj się z kimś od kredytów w twoim banku, przedyskutuj sprawę – może trzeba będzie sprzedać mieszkanie, kupić coś mniejszego, ale mieć kredyt z głowy?

Warto znaleźć zatrudnienie w mniejszej firmie i dopiero wtedy złożyć wymówienie. Mniej więcej dwa lata zajmuje łapanie oddechu, powrót do równowagi i znalezienie odpowiedzi na pytanie: jak chciałbym żyć, co mnie kręci, co jest dla mnie ważne? Po tym czasie zaczynamy doceniać, że choć mamy mniej, żyjemy lepiej. I chyba najważniejsze – odkrywamy wokół siebie ludzi, którzy myślą zupełnie inaczej, inaczej żyją i kierują się innymi wartościami. A my nie musimy robić ich w konia, aby osiągnąć sukces.

Artykuł pochodzi z kategorii: Praca

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Zobacz również

  • Każda osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę ma obowiązek poddać się wstępnym, okresowym i kontrolnym badaniom lekarskim. Z badań wstępnych zwolnione są osoby zatrudniane ponownie u tego... więcej