Wygrałam sprawę o mobbing

„Coraz częściej szukałam pomocy u psychologa” – mówi Bogusława Sobol (52 l.) ze Ścinawy k. Lubina

Reklama

W domu dziecka w Ścinawie zaczęłam pracować w 1982 r. Przez te wszystkie lata przeżyłam 10 dyrektorów. Byłam zatrudniona jako pedagog. Praca zawsze była dla mnie pasją, a nie obowiązkiem. Wszyscy dyrektorzy to doceniali, wyróżniali mnie i nagradzali.

W maju 2011 r. szefową placówki została Ewa C., żona jednego z radnych. Byłam wtedy akurat na operacji w szpitalu. Do pracy wróciłam ze zwolnienia 1 lipca.

– Niech pani posprząta gabinet, bo jest brudny! – warknęła do mnie na przywitanie. – Ale ja jeszcze w nim nie byłam – odparłam zdziwiona. Nie było mnie w pracy od kilku tygodni, a w ośrodku pracowały przecież sprzątaczki...

Czułam, że dzieje się coś niedobrego. I rzeczywiście. Tuż po tym incydencie dostałam nowy grafik pracy. Gdy go przeczytałam, aż przysiadłam. Miałam same nocki, albo pracę do południa, gdy dzieci są w szkołach.

– Pani dyrektor – próbowałam tłumaczyć. – Praca z dziećmi, to moja pasja, a tu będę od nich izolowana... – Ja tu wydaję polecenia! – usłyszałam w odpowiedzi.

Do moich obowiązków należało m.in. pisanie diagnoz psychologiczno–pedagogicznych dla każdego z podopiecznych. One pozwalały dobrać metody wychowawcze.

– Jak mam je pisać, skoro pani uniemożliwia mi kontakt z dziećmi? – pytałam. – To pani problem! – zbyła mnie dyrektorka. Byłam coraz bardziej załamana. Jakby tego było mało, dyrektorka zabrała mi komputer i biurko, sadzając w moim gabinecie pracownika administracyjnego.

Gdy dzieci przychodziły, żeby ze mną porozmawiać, stałam z nimi na korytarzu. Musiałam jednak jakoś sobie radzić.

Dlatego zaczęłam korzystać z komputera koleżanki, a część pracy zabierałam do domu

Podejrzewam, że to rozsierdziło dyrektorkę. Zaczęła mi zarzucać, że manipuluję dziećmi i dawać zadania nie do wykonania. Kazała mi na przykład zrobić zestawienie pracy z całego roku szkolnego. Dała mi na to dwie godziny, a żeby to wykonać rzetelnie trzeba kilku dni! Ale co miałam robić. Przyniosłam jej to zestawienie, napisane najlepiej jak tylko się dało, ale zajęło mi to pół godziny dłużej. Przeczytała i uśmiechnęła się złośliwie:

– Gdybym wiedziała, że pani tak to zrobi... – rzuciła jakby pogardliwie. – Poza tym spóźniła się pani pół godziny. Proszę na piśmie wyjaśnić mi, dlaczego nie wywiązała się pani z tego zadania. Byłam załamana. Żyłam w ciągłym stresie.

Praca, którą tak kochałam przypominała powoli piekło. Zaczęłam podupadać na zdrowiu. Ale to był dopiero początek... W czasie mojego urlopu dyrektorka zrobiła inwentaryzację w moim dawnym pokoju.

Jak mi potem mówili pracownicy otworzyła tylko pierwszą szafkę i „znalazła” w niej odtwarzacz mp3, który rzekomo zaginął. Gdy we wrześniu wróciłam do pracy, musiałam tłumaczyć skąd w moim dawnym pokoju, w którym nie pracowałam od lipca, wziął się odtwarzacz.

A potem to samo musiałam tłumaczyć w czasie kontroli ze starostwa, którą nasłała dyrektorka. Czułam się okropnie z takimi podejrzeniami.

Ja miałabym coś ukraść?!

Sama przynosiłam dla wychowanków odtwarzacze po swoich dzieciach. Do głowy by mi nie przyszło coś z ośrodka zabrać. W lutym 2012 r. dyrektorka wezwała mnie do siebie.

– Jako pedagog i opiekun jednego z uczniów musi pani iść jutro do szkoły w sprawie wychowanka. Zadzwoniłam i umówiłam się na ósmą. O wszystkim powiedziałam dyrektorce. Gdy później przyszłam do ośrodka, dyrektorka kazała mi napisać pismo... dlaczego spóźniłam się do pracy.

Na szczęście świadkiem tego polecenia była moja koleżanka Ewa Żubrowska (47 l.). Napisała więc oświadczenie, że nie spóźniłam się do pracy, tylko wykonywałam polecenie.

Od tego czasu dyrektorka zaczęła się mścić i na Ewie

Dostawałyśmy prace niezgodne z naszymi obowiązkami. Miałyśmy opróżniać kosze, sprzątać. Wiedziałyśmy, że padłyśmy ofiarami mobbingu. Ale gdy pisałyśmy pisma do starostwa, to nie reagowali, albo odpisywali, że wszystko jest w porządku.

Coraz częściej byłam na zwolnieniach, zaczęłam korzystać z pomocy psychologicznej. Pod koniec lutego byłam tak wykończona, że dostałam półroczne zwolnienie. Później poszłam na urlop na podratowanie zdrowia. Ale nawet wtedy dyrektorka nie dała mi spokoju.

Doniosła na mnie do ZUS, że pracuję w czasie zwolnienia. A nie była to prawda. Pełniłam rolę kuratora społecznego w sądzie w Lubinie, za co nie pobiera się wynagrodzenia.

Wygrałam sprawę w ZUS

Byłam tak wykończona psychicznie, że lekarz medycyny pracy nie dopuścił mnie do pracy w ośrodku.

– Padła pani ofiarą mobbingu – powiedział. Zdecydowałam, że założę sprawę o mobbing. I wygrałam! Sąd Okręgowy w Legnicy w styczniu 2015 r. zasądził od Powiatowego Centrum Opieki i Wychowania 8 tys. zł zadośćuczynienia z odsetkami.

Ja też już odżyłam, cieszę się spokojem. Tylko szkoda, że dyrektorka nadal siedzi na stanowisku.

Bogusławy Sobol wysłuchał Piotr Januszewski

PS. Ewa C. i Starostwo Powiatowe w Lubinie odmówiło komentarza w tej sprawie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Praca

Chwila dla Ciebie

Zobacz również

  • Zięć stracił pracę i nie robi nic, aby znaleźć nową. Całymi dniami tylko ogląda telewizję albo gra w gry komputerowe. Nie pomaga w domu. Wszystko jest na głowie mojej córki: dzieci, gotowanie,... więcej